Bystra

bystraRzeczka nazywa się Bystra. Przypuszczam, że ochrzczono ją tak niedawno. Świadczy o tym brak inwencji i banalna nazwa. Za dawnych czasów nazywała się Bochotnica, tak jak wieś. Zresztą nie miejmy pretensji o nazwę, bo już Leśmian powiedział: “Trudno dać imię temu co w dalekość płynie. Na straży Bochotnicy, do której się zbliżamy, stoją ruiny zamku Esterki. Strzegą legendy o miłości królewskiej do pięknej Żydówki. Historycy twierdzą, że Esterka nigdy w tych stronach nie mieszkała, a Kazimierz ją kochał gdzie indziej. Lecz wszyscy mieszkańcy Kazimierza i okolic wiedzą na pewno, że tu właśnie przebywała i tu się spotykała z królem, a na dowód pokazują  ruiny. Wobec tego i ja też muszę wierzyć. Szkoda tylko, że ten fragment ruin i usypisko cegieł na malowniczym wzgórzu pozbawione jakiejkolwiek konserwacji w zastraszającym tempie niszcze­ją, aż może się zdarzyć przypadek, że silniejszy wiatr zdmuchnie z powierzchni ziemi ostatni ślad i dowód miłości królewskiej.

Bochotnica miała jeszcze jeden zabytek — młyn. Stał na rzece już w pobliżu ujścia. Jest ona tu dość szeroka i zagrodzona tamą, przez którą przelewa się z szumem woda. Obecnie go nie ma, zniszczony został podczas działań wojennych. Młyn normalny, niczym szczególnym się nie

wyróżniał od otoczenia i tysięcy innych młynów. Nie wiem jednak, z jakiej przyczyny upodobali go sobie wszyscy malarze i każdy go musiał malować, od początkujących do wytrawnych mistrzów. Jest to jedna z wielu tajemnic osobliwego czaru Kazimierza.

Ale już dojeżdżamy na miejsce, a sam wjazd jest wspaniały. Od prawej strony pokazuje się Wisła, to zbliża się, to znów oddala od drogi i staje się dominantą krajobrazu.

„Brzeszczot to stalą chłodny” — jak powiada Czecho­wicz. Dnia dzisiejszego, pogody jesiennej, brzeszczot ten ma kolor mórz południowych.

Wychodzę z wozu i prostuję kości po długim siedzeniu. Na stacji autobusowej zaledwie paru ludzi. Jest oczywiście pan Górzyński. Ostatni to relikt tak malowniczej niegdyś gromadki pośredników, przewodników i tragarzy.

Pan Górzyński wita się ze mną kordialnie, obrzuca bacznym spojrzeniem i ponieważ nie mam nic do odniesie­nia i sam trafię do każdego najbardziej zakonspirowanego zakątka Kazimierza — częstuje mnie bezinteresownie porcją najświeższych wiadomości i plotek lokalnych. Siadamy na wąskiej ławeczce obok przystanku i niebawem dowiaduję się, kto aktualnie przebywa w Kazimierzu i gdzie mieszka, ilu się ludzi ostatnio utopiło, czy są wolne pokoje u architektów i co będzie jutro na obiad we „Florydzie”. Par Górzyński jest realistą, relacjonuje fakty krótko i sucho — gdzie mu tam do fantazji i poezji tych przedwojennych Herszków i Jośków. O przeszłości też mówi skąpo, przewa­żnie ogranicza się do wspomnień ze swego osobistego udziału w wojnie rosyjsko-japońskiej.